środa, 9 sierpnia 2017

Zły dzień.

Rozdział 4 

We never met but I swear 
that you know who I am”
                                                                                                       NF

H,
Nie jest dobrze, nasze najgorsze oczekiwania zaczynają się spełniać. Dzieciaki zaczynają węszyć. Szperali w Izbie Pamięci, przy zdjęciu Gwardii Dumbledore'a. Mieli ze sobą kronikę. Jedne i drugie natychmiast zostało im odebrane. Obawiam się, że to ich jednak nie powstrzyma.
                                                        N.

Mężczyzna dwoma ruchami zapieczętował list i dał go siedzącej przy nim sowie.
-Wiesz do kogo, Pędziwiatrze – powiedział. Czarno-biały puchacz zahukał jakby na potwierdzenie jego słów. Blond włosy otworzył mu okno po czym skinął na zwierze głową. Sowa od razu wystartowała a on usiadł na krześle przy biurku. W tym momencie pewnością nie wyglądał na swój wiek. Z przygarbionymi plecami i twarzą wyrażające zmęczenie na pewno nie wyglądał na swoje czterdzieści dwa lata. Jednak miał do tego prawo, te wszystkie sekrety i tajemnice, które ciągnęły się od wojny już go przygniatały. Sprawiły, że poróżnił się z przyjaciółmi. Przyjaźnie, które zawarł nie przetrwały przez kłamstwa. Lata, które miały być najlepsze w jego życiu były koszmarem. Miał dosyć. Był zmęczony.
***

Właśnie wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego w którym przesiedział resztę lekcji. Cóż pół dnia chodził strapiony. Od chwili przebudzenia miał wrażenie, że coś się wydarzyło. Przez swoje rozdrażnienie nie mógł się skupić na zajęciach co spowodowało kilka nieszczęśliwych wypadków. A były naprawdę ciekawe, przynajmniej dla postronnych widzów niż samego uczestnika sytuacji.
Otóż na porannych zajęciach z transmutacji (co według niego było istną głupotą, no bo kto widział, żeby jedna z najniebezpieczniejszych dziedzin magii odbywała się od rana kiedy połowa uczniów przysypiała!) mieli transmutować swojego partnera w zwierze. No co można powiedzieć każdemu zdarzają się wpadki, nawet Nie-Omylnemu-Scorpiusowi-Malfoy'owi (jak zwali go niektórzy, według niego, zazdrośnicy). I tak właśnie o to tym sposobem zamiast dać nacisk na środek zaklęcia, zaakcentował końcówkę. Niby nie wydaje się takie tragiczne i nawet mu się udało. No, prawie. Jego kolega z roku, jakiś tam Bones został transmutowany w pająka, w pół pająka, w ludzką głowę z ciałem pająka. Scorpius myślał, że spali się ze wstydu gdy klasa wybuchła śmiechem. Jego koledzy mieli do tego prawo, gdyż zaiste widok był komiczny. Głowa chłopaka została normalnych rozmiarów a jego nowe pająkowate ciało próbowało ją podtrzymać przez co raz zataczał się w jedną a raz w druga stronę. Niestety biedaczyna nie zdołał utrzymać równowagi i w końcu zaliczył glebę. Na nieszczęście nowego Spidermana (jakie zyskał przezwisko później) wylądował wprost na swojej twarzy. Młody Ślizgon spojrzał na nauczycielkę, która wydawała się być na skraju załamania.
-Panie Malfoy, to miała być transmutacja całościowa – oznajmiła. - Panie Bones! Niech pan przestanie...strzelać pajęczyną? - Puchon próbując się podnieść machał swoimi pająkowatymi kończynami. Z tyłka wystraszonego Puchona cały czas wystrzeliwała pajęczyna. Nuczycielka nie wiedziała co robić. Czy najpierw uspokoić coraz to nowsze salwy śmiechu czy pomóc chłopakowi. Chyba w przypływie litości pani profesor jednak wybrała do drugie. Zdezorientowany chłopak wciąż próbował strzelać pajęczyną..
-Panie Bones! Niech się pan uspokoi! Panie Malfoy, niech pan pomoże zejść koledze ze stołu – westchnęła. - Koniec zajęć, klasa wolna.
Cóż wiadomość o nieudanym zaklęciu Ślizgona obeszła szybko całą szkołę. Eryk Bones szybko zyskał sławę. Wielu na samo porównanie do Spidermana sikało ze śmiechu jednak znaleźli się ci którzy nie wiedzieli w tym nic śmiesznego, no do czasu dopóki, ktoś nie raczył im tego łaskawie wytłumaczyć. No bo skąd młodzi adepci szkoły wychowujący się bez udziału mugoli mogli wiedzieć kto to ten cały Spiderman. Scorpius w tej sytuacji nie był wyjątkiem, jednak maskował swoją nie wiedzę arogancją jak to miał w zwyczaju. Przecież nigdy się nie przyzna, że on czegoś nie wie. Mimo wszystko postanowił, że później znajdzie Potter i jej się o to spyta. Jej ojciec wychowywał się z mugolami i pewnie nie omieszkał się jej o tym opowiedzieć. Ona musiała wiedzieć o co w tym chodzi,a Scorpius z chęcią uzupełni swoje braki. Z tą myślą, potomek Malfoy'ów, udał się na następną lekcję, którą były zaklęcia. I tak minęła mu godzina. Godzina zajęć z której został zwolniony, gdyż - cytując nauczyciela - „stanowi zagrożenie dla uczniów jak i samego siebie”. A on przecież nic nie zrobił! No dobra może podpalił szatę jednemu z Potterów (zupełnie przypadkiem, nie rozumiał niektórych spojrzeń w jego stronę), prawie wydłubał Weasley'owi oko („panie Malfoy! Niech pan tak nie wymachuje tą różdżką!”), a na sam koniec pozbawiając sali prawej ściany (na co jedynym komentarzem Ślizgona było „i tak potrzebne było tu przemeblowanie”).
Jednak najgorsze były eliksiry. Na same wspomnienie o nich chłopak wykrzywił twarz w zniesmaczonym grymasie jednocześnie drapiąc się po krostach powstałych na jego rękach. A mieli tylko uwarzyć Eliksir Zmieniający Kolor Włosów.
Po numerologii (na której o dziwo nic nie wywinął poza trafieniem w profesora Vectora piórem) udał się na eliksiry. Wszystko szło mu nawet dobrze, można by się pokusić o stwierdzenie, że doskonale jak na ten dzień. Jednak każdego szczęście się w pewnym momencie wyczerpuje, a był to zdaje się prawie niewinny błąd. Otóż Scorpius-Nie-Drażnij-Mnie-Dziś-Malfoy najzwyklej w świecie pomylił kolejność składników. Przez swoją nieuwagę – albo i głupotę jak to sobie wytykał przez następny tydzień – zamiast sproszkowanych skarabeuszy wziął sproszkowane muchy siatkoskrzydłe. No i wszystko byłoby dobrze gdyby to zauważył, miałby jeszcze szanse uwarzyć eliksir od nowa, ale nie, on to wszystko zamieszał i w momencie drugiego obrotu eliksir zaczął dziwnie wrzeć.
-Pod ławki wszyscy! - krzyknął profesor. Ci co usłyszeli go w porę skryli się jednak ci rozkojarzeni - jak młody Malfoy - lub ze słabszym refleksem tego nie zrobili nie uniknęli wybuchu,a co za tym idzie okropnej wysypki. Cóż blondyn nawet nie wiedział kiedy jego kociołek wybuchnął. Przecież w jednej chwili wszystko szło dobrze, a w drugiej skończył umazany jakąś zieloną substancją.
Przynajmniej zielony to fajny kolor – pocieszał się.
I na tym skończyłaby się jego zła passa gdyby nie wyciągnął różdżki z postanowieniem, że posprząta. Nie zauważając starego ślimaka, jak nazywali nauczyciela uczniowie, za jego plecami przeszukiwał kieszenie szaty uderzając przy tym Slughorna w brzuch. Jednak gdy zobaczył, że jego różdżka leży na podłodze nie myślał dwa razy i się po nią schylił. Nie wiedząc, że profesor się nad nim nachyla szybko się wyprostował przywalając tyłem głowy o stary nos nauczyciela. Scorpius tym razem o dziwo zareagował szybko i od razu zaczął przepraszać stękającego profesora. Był przerażony tym co zrobił.
-Nic się nie stało chłopcze – wydyszał między przerwami zgięty i powstrzymujący krew lecącą z nosa.
-Pomogę panu – uniósł różdźkę co dla Slughorna było wystarczającym znakiem ostrzegawczym. Jeszcze chwila i będzie przecież mógł oskarżyć tego młodego Ślizgona o pobicie.
-Nie! - krzyknął ostro unosząc ręce do góry– Nie trzeba!
-Niech pan przestanie i weźmie tą rękę z twarzy – Scorpius próbował zdjąć dłoń z twarzy Horacego jednak on nie chciał więc wyszła z tego niezła szamotanina. - Niech profesor pozwoli sobie pomóc! - krzyczał. Skończyło się na ponownym „nie!” i wylądowaniu warzyciela eliksirów na ziemi. Potomek Malfoy'ów szybko chciał pomóc profesorowi wstać jednak z każdym jego krokiem profesor się oddalał.
-Nie! Nie dotykaj mnie! Poradzę sobie!
Po tych słowach kazał klasie udać się do Skrzydła Szpitalnego, a sam próbował wstać.
Jak się domyślacie szkołę od razu okrążyły plotki o domniemanym ataku Scorpiusa na profesora Slughorna. Na domiar złego połowa klasy była na niego zła, iż nie każdemu udało się uniknąć zielonej wysypki (włącznie z Ślizgonem), która będzie trwała przez kolejny tydzień.
-No to się załatwiłem – powiedział z nienawiścią patrząc na swędzące krosty. Nie miał co robić, został zwolniony z reszty lekcji choć tak naprawdę zostało mu zakazane pojawianie się na jakichkolwiek do końca dnia. Nie wiedział co się z nim dzisiaj działo. Nie potrafił się na niczym skupić tak by nie zrobić nikomu krzywdy. Zrezygnowany udał się na obiad. Miał nadzieję, że chociaż na obiedzie nic nie wywinie. Cóż każdy może mieć nadzieję nawet on. Niebiosa może choć trochę go wysłuchały bo oblał sokiem samego siebie,a reszcie nic nie zrobił. Szybko wyszedł z Wielkiej Sali pod nosem cicho przeklinając na cały świat, na ten dzień i samego siebie. Nie zauważył, że biegnie za nim ruda osóbka.
-Scorpius! - zawołała.
-Czego? - warknął. Chciał tylko udać się w spokoju do dormitorium, gdzie ukrył by się przed resztą świata i czekać, aż wybije północ, która oznajmi zakończenie się jakże tego udanego dnia.
-Masz – Nie zwracając uwagi na jego ton podała mu chustkę – wytrzyj się. Malfoy z wdzięcznością przyjął skrawek materiału i zaczął pocierać mokre miejsce.
-Dzięki – mruknął.
-Nie ma sprawy – odpowiedziała radośnie.
-Co chciałaś?
-No wiesz – zaczęła – chciałam tylko sprawdzić czy dotrzesz bezpiecznie do swojego dormitorium. Nie moja wina, że stanowisz zagrożenie dla życia i zdrowia ludzkiego.
-Dzięki.
-Ależ nie ma za co. -Ruszyli w stronę lochów. - A tak na serio – powiedziała cicho – byłam dzisiaj w Izbie Pamięci.
-I co z tego? - Ta mała zawracała mu głowę, żeby tylko pochwalić się, że wie gdzie leży komnata, którą wczoraj odwiedzili. Niech się Merlin nad nim zlituje.
-Zdjęcie Gwardii Dumbledore'a zniknęło. - Stanął jak wryty, dobra to go zainteresowało.
-Co?- zapytał głupio. Był zdziwiony, nie, on był absolutnie i nieodwołanie zszokowany.
-Pstro. Nie ma, zniknęło. Hasta la vista zdjęciu.
To było co najmniej dziwne. Te zdjęcie leżało tam tyle lat i teraz nagle zniknęło, bum! Nie ma go. Coś go tknęło i zaczął przeszukiwać swoją torbę.
-Nie ma.
-Czego? Czego nie ma? Scorpius! - wykrztusiła zaniepokojona Gryfonka.
-Kronika, zniknęła – oznajmił ruszając przed siebie. Był jak w transie.
-Hej! Gdzie idziesz? - nawoływała dziewczyna próbując go dogonić. To było niemożliwe, żeby zgubił ta książkę. Jeszcze dziwniejsze było to, że zniknęła w tym samym czasie co zdjęcie. Zatrzymał się nagle i przyparł dziewczynę do ściany, szaleństwo migało w jego brązowych oczach.
-Jesteś pewna, że go tam nie było?
-T-tak – wyjąkała przestraszona. To było dziwne, kto to mógł zrobić? Zdjęcie Gwardii leżało nietknięte przez tyle lat i teraz tak nagle kiedy oni zaczęli poszukiwania znika. Jego wybitny umysł szybko zaczął łączyć informacje. Chyba, że...Chyba, że ktoś próbuje im przeszkodzić. To było niemożliwe, dlaczego komuś miałoby na tym zależeć? Co się wtedy stało, że ktoś nie chce by prawda wyszła na jaw?Dlaczego to zdjęcie i kronika były takie ważne? Trzeba będzie więcej poszukać na ten temat. Młoda Potter'ówna nie odzywała się ani słowem, domyśliła się, ze Scorpius nawet nie wie, że cały czas ją trzyma.
-Posłuchaj – przemówił w końcu. Jego słowa były tak ciche, że prawie niesłyszalne – ktoś nas obserwuje i ten ktoś nie chce byśmy się dowiedzieli prawdy, rozumiesz? - Pokiwała głową potwierdzająco. - Musimy być ostrożni nie wiadomo co przyjedzie tej osobie do głowy.
Wtem usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi. Ślizgon szybko pociągnął Lily w najbliższą wnękę w ścianie, która znajdowała się za zbroją. Przyciskał jej ciało mocno do swojego, a przykładając palec do ust nakazał jej być cicho.
-To zaszło za daleko! - krzyczał jeden głos. Rozpoznał w nim profesora Longbottoma.
-Dobrze wiesz, że nie możemy nic z tym zrobić – odezwał się drugi. -Krąg się nigdy nie zgodzi na inne działania w tym kierunku! Wiesz jakie to niebezpieczne – kontynuował. Oczy Lily powiększyły się do rozmiaru dwóch galeonów. Najwidoczniej rozopznała drugą osobę. Chciała mu się wyrwać ale próbując to zrobić tylko uderzyła w zbroję powodując hałas.
-Co to było?! - zawołał jeden z rozmawiających. Scorpius nie myśląc dwa razy, gdy usłyszał zbliżające się osoby, przyciągnął do siebie dziewczynę tak mocno, że ich usta się spotkały. Zaskoczona dziewczyna z początku zamarła ale później zaczęła oddawać pocałunek. Złapała go za kark i przyciągnęła bliżej siebie.
-Nic, pewnie pani Norris. Powinieneś już wracać za chwilę mam zajęcia.
Upewnił się, że dwie postacie sobie odeszły i przeciągając słodki pocałunek jeszcze chwilę odepchnął zarumienioną dziewczynę od siebie. Obydwoje byli wstrząśnięci jednak to Scorpius szybciej powrócił do swojego rezonu poprawiając krawat, który mu się poluzował oraz przygładzając włosy. Tymczasem Gryfonka nadal stała zarumieniona z głupim wyrazem twarzy.
-Potter, co się stało? - zapytał cicho. - Hej wszystko dobrze? - Zaczął pstrykać jej przed oczami.
-Co tu robił mój tata? - odezwała się w końcu z przerażeniem w oczach.
Tego się nie spodziewał.

***

Było już późno, gdy usłyszał stukanie w szybę. Szybko podszedł do okna i wpuścił sowę, która wystawiła mu nóżkę z przeczepioną kartką. Prędko rozwinął rulonik i z każdym słowem na jego twarzy była coraz bardziej widoczna ponura determinacja.

N,
Masz zrobić wszystko by im przeszkodzić, cel uświęca środki. Krąg nie toleruje niesubordynacji.
H.
No to się porobiło.