sobota, 27 stycznia 2018

Dlaczego?

Rozdział 5

"Everybody hurts some days"
Avril Lavigne


Scorpius przysięgnął sobie, że jeśli ktoś mu jeszcze raz kiedykolwiek powie, iż w Hogwarcie panuje istna sielanka jeśli chodzi o naukę to chyba zabije tą osobę śmiechem. Masując sobie skronie właśnie w tym momencie zaczynał rozumieć tegorocznych szóstoklasistów. Przygotowania do S.U.Mów był okropne. Nie rozumiał dlaczego większość uważała je za tak łatwe.
Cóż w porównaniu do Owutemów muszą być dziecinnie proste – pomyślał. - Ta jasne, chyba tylko dla geniuszy – zakpił sam z siebie. Scorpius był zły. Wiedział, że nie należał do idiotów, można byłoby się nawet pokusić o stwierdzenie, iż był jednym z najlepszych na swoim roku jednak nie zmieniało to faktu, że miał po cholerę przygotowań do egzaminów. Wraz z treningami drużyny Quidditcha zabierały mu połowę czasu, a miał jeszcze lekcje i musiał odrabiać zadania domowe. W międzyczasie musiał jeszcze znaleźć gdzieś czas na życie towarzyskie, którego aktualnie nie było przez nawał obowiązków. Na myśl nasuwało mu się tylko jedno stwierdzenie - S.U.My to gówno. W tym momencie zaczynał się bać co będzie przed Owutemami. Skoro od początku roku nauczyciele ruszyli pełną parą z przerabianiem materiału potrzebnego do testów to ciekawe co się będzie działo kiedy zaczną przygotowania do egzaminów siódmorocznych. Już teraz miał wrażenie, że wszyscy profesorowie się na nich uwzięli, gdyż takiej sterty prac domowych do odrobienia nigdy nie miał, a trzeba powiedzieć, że Ślizgon był sumienny jeśli chodziło o przygotowanie do lekcji. Może nie chwalił się swoją wiedzą na prawo i lewo ale zawsze zapytany znał odpowiedź na zadane pytanie. Lubił się uczyć i dowiadywać nowych rzeczy ale w tym momencie nawet on stwierdził, że ma nauki po dziurki w nosie. Przecież miał też inne zajęcia oprócz siedzenia w stertach książek! Gdyby ktoś w tym momencie go zobaczył ogłosiłby, że nastał koniec świata – oto on Scorpius Malfoy we własnej osobie zatrzasnął podręcznik od zielarstwa oraz opadł na oparcie krzesła krzyżując ręce na piersiach.
Pieprzyć to. On też zasłużł na chwilę relaksu.
Cała jego postawa oraz wydęte usta świadczyły o tym, że był obrażony. Obrażony na książki – to dopiero była komedia! Osoba trzecia miałaby niezła zabawę widząc na co się obraził. Cóż jak dobrze,że nikt się o tym nie dowie. Chłopak nie wiedział co ze sobą zrobić. Jednak godzina na zegarku zadecydowała za niego.
Cholera.
Musiał się zbierać jeśli nie chciał się spóźnić na trening. Wydawać by się mogło, że sytuacja robi się coraz bardziej komiczna. W tym momencie powinien przecież szybko porzucić książki i lecieć na trening jednak on zrobił na przekór. Jak przystało na osobę spokojną i opanowaną w czasie, którym powinien się spieszyć, na spokojnie zaczął pakować do torby potrzebne mu rzeczy i odsyłać księgi na półki. Te najpotrzebniejsze zabrał ze sobą i podszedł do biurka pani Pince. Staruszka nie wyglądała na szczęśliwą, gdyż ktoś chciał naruszyć jej drogocenne księgozbiory.
Uśmiechnął się do niej tym uśmieszkiem na widok, którego dziewczyny mdlały i co poniektórzy chłopcy też ale to zostawmy na później. Nauczył się go od swojego ojca, nawet nie wiedział jak. Z resztą większość swoich uśmiechów nabył od niego tylko, że u jego taty wyglądały o wiele bardziej efektywnej.
Jak wszystko zresztą – pomyślał z przekąsem.
Miał nadzieję, że i tym razem ten uśmiech podziała na bibliotekarkę. Nie pomylił się. Jej wyraz twarzy gwałtowanie złagodniał co sugerowało, że bez żadnych oporów wypożyczy mu książkę. I tak też się stało. Pod jej czujnym okiem delikatnie zapakował, wypożyczoną już, księgę po czym uśmiechnął się Malfoy'owskim uśmieszkiem numer dwa i wyszedł z biblioteki. Spokojnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z Hogwartu wstępując jeszcze do swojego dormitorium. Może i nie lubił się spóźniać ale był Mafoy'em (i jak miał nadzieję – przyszłym kapitanem drużyny) więc nikt nie mógł mu niczego zrobić bo nawet gdy się spóźniał robił to z klasą. A przynajmniej starał się robić to tak jak jego ojciec. Oh, jego rodziciel nienawidził się spóźniać, ale jeśli już istniała taka konieczność przyodziewał na twarz ich rodzinny uśmiech numer jeden mówiący „jestem panem tego świata a ty moim sługą”. Dracon Malfoy skutecznie wbił mu do głowy, że arystokracie nie wypada się spóźniać, a jeśli to zrobi powinien speszyć osobę swoją obecnością i uprzejmie przeprosić (to słowo wymawiał z odpowiednią dozą ironii). Cóż lekcje – malfoy'woskiego jak lubiła mówić jego mama - savoir vievru musiał mieć w małym paluszku jak starszy z Malfoy'ów. Nie lubił traktować ludzi jak gorszych, ale chciał zaimponować ojcu i wdrążał jego porady w życie.
Właśnie z takimi myślami podążył na trening.
-Malfoy, spóźnienie – oznajmił jakby od niechcenia teraźniejszy kapitan jednocześnie polerując swoją miotłę. Oczywiście dla kogoś mniej wtajemniczonego w zachowania jego kolegi z drużyny mogłoby być zwykłym upomnieniem. Jednak Scorpius wiedział, że kryje się za tym niechęć gracza do młodego Ślizgona, a przekonał go o tym złowrogi błysk w brązowych oczach zawodnika.
-Nie zauważyłem.
-To zauważ. Jeszcze jedno, a wylecisz z drużyny.
-I pozbawiłbyś drużyny najlepszego zawodnika? - odpowiedział zirytowany, a jego oczy zabłyszczały groźnie. Starszy chłopak przełknął ślinę nagle jakby się wycofując. Pierre nie był,aż takim idiotą. Wiedział, że młody Malfoy nie miał ostatnio zbyt dobrego tygodnia. Zdawał sobie również sprawę z tego, że Scorpius zna wiele zaklęć i wie, aż za dobrze jak ich używać,a gdy zaczyna mieć humory to nie ma żadnych zahamowań. Pomimo całej swojej niechęci do młodego, zamilkł. Kapitan drużyny ślizgonów mimo wszystko lubił swój stan i nie chciał niczego poprawiać.
Widząc jak Pierre się wycofuje nie potrafił powstrzymać złośliwego uśmieszku satysfakcji, który wypłynął mu na usta. Ot, kolejna nabyta cecha od ojca Scorpiusa.
-Tak myślałem, chyba pora zacząć trening, nieprawdaż? - Pierre aka imitacja gracza w Quidditcha, kiwnął głową i kazał wzbić się w powietrze.
Krążył zamyślony nad boiskiem, gdy zobaczył nie małe poruszenie na dole. Szybko zadecydował obniżyć tor lotu, a kiedy się zorientował się kto jest w jego centrum natychmiastowo wylądował.
-No dalej Liluś – mówił Pierre, obejmując w pasie dziewczynę. Wyglądała jakby miała się porzygać. - Pokaż jak bardzo mnie kochasz – kontynuował próbując pocałować odpychającą go Gryfonkę. Reszta drużyny się tylko śmiała.
-Na co czekasz Potter? Zrób lodzika, nie krępuj się! - wykrzyknął, któryś z otaczających ich kręgu chłopak. Twarz Scorpiusa wyraziła obrzydzenie.
Stado napalonych świń. I pomyśleć, że jesteśmy w jednym domu.
Malfoy coraz bardziej zirytowany czekał na rozwinięcie sytuacji jednak w momencie, w którym - błądząca po ciele dziewczyny - ręka imitacji mężczyzny ścisnęła tyłek Potterówny stwierdził, że tego już za wiele. Zainterweniował.
-Zostaw ją, Pierre. - rzekł przebijając się przez krąg uczniów. W jednej ręce miał miotłę, a druga czaiła się w pobliżu tajemnej kieszeni szaty, tam gdzie trzymał swoją różdżkę. Imię Billowa zabrzmiało jak obraza w ustach blondyna.
-Zabronisz mi dotykać mojej dziewczyny, Malfoy? - zaśmiał się Najgorszy-Obrońca-I-Kompletny-Dupek- Pierre. Zmroziło go. Tego nie wiedział. Oczywiście, wtedy na korytarzu rozpoznał, że Potter całuje się z tym dupkiem i od tamtego czasu jeszcze bardziej nie tolerował starszego adepta szkoły magii jednak nic nie wspominała, że z nim jest. Zwłaszcza, że ostatnio nie miała nic przeciwko temu, gdy sam ją całował. Już nieważne były okoliczności. Całowała go, a była z Billowem!
Na tę myśl oczy syna byłego śmierciożercy zwężyły się jarząc groźnym blaskiem. Kryła się w nich złość oraz – czego młodszy Ślizgon nie wiedział – zazdrość. Ściśnięte w jedną kreskę usta sugerowały, że za chwilę coś się wydarzy.
-Puść ją, już. - Słowa wypływające z jego ust sprawiały wrażenie realnej groźby. Jakby same zdanie mogło zadać ból i cierpienie.
-Bo co mi zrobisz synu śmierciożercy? - Billow wycofał się z postanowienia o nie wchodzeniu dzisiaj Malfoyowi w paradę. Był zły, że ktoś mu rozkazuje, zwłaszcza ten mały gówniarz, który uważa się za kogoś ważnego. Oczywiście nie raz ustępował, bo wiedział, że chłopak potrafi zrobić mu jak najbardziej realna krzywdę jednak teraz się nie podda, o nie. Pokaże mu gdzie jego miejsce, nie będzie się już przed nikim płaszczył. Był na ostatnim roku w Hogwarcie! Był panem tej szkoły. To była jego dziewczyna i nikt nie ma prawa mu mówić co ma z nią zrobić. Odruchowo przycisnął do siebie rudą jeszcze bardziej. Dziewczyna wyglądała na przerażoną.
Scorpius nie zauważył, że wszyscy wstrzymali oddech w oczekiwaniu na jego reakcję. Wszystko wydarzyło się w przeciągu jednej sekundy. W pierwszej chwili jego twarz wyrażała opanowanie, a w drugiej rzucił się z furią na przeciwnika. Oczywiste jest to, że starszy ze Ślizgonów miał trochę więcej siły ale za to Scorpius nadrabiał umiejętnościami. No bo kto by się spodziewał bo jedynym z najspokojniejszych i najbardziej utalentowanych uczniów w szkole tego, że ucieknie się do mugolskich sposobów walki?

***

-Scorpius, czekaj! - wołała za nim. Jednak on wydawał się być głuchy. Nie powiedziała mu. Owszem nie rozmawiali od czasu ich pocałunku, co nie znaczy, że nie miała obowiązku mu powiedzieć. Scorpius poczuł się oszukany. Zaufał jej, a ona się zabawiła jego uczuciami. Tak, pocałunek nie był przemyślany i wydawał mu się wtedy jedyną rozsądna opcją, ale mimo wszystko coś dla niego znaczył.
Dla niej najwidoczniej nie skoro nawet nie raczyła go poinformować, że ma chłopaka.
Nie był wściekły, był zawiedziony, rozczarowany, smutny, oszukany ale nie zły. Zatrzymał się dopiero przy szatni Ślizgonów. Oparł się o ścianę tak by nie patrzyć na dziewczynę. Usłyszał jej dyszenie.
-Muszę zacząć ćwiczyć co nie? - zaśmiała się próbując rozluźnić napiętą atmosferę. Nie udało się jej. Wyczuwała, że Scoprius był w złym nastroju. I tym razem wiedziała, że to przez nią.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś? - zapytał cicho przykładając swoje czoło do zimnego kamienia. Jego oczy były przymknięte.
Milczała.
-Dlaczego on, Lily? - Odwrócił się do niej. Jego twarz wyrażała ból.
-Nie – zaczęła – nie uważałam, żeby było to coś z czym powinnam się z tobą podzielić.
A jednak, jednak nic jej tamten całus nie obchodził. Oddała mu pocałunek wiedząc, że tam gdzieś czekał na nią inny. Na dodatek wybrała tego, którego najbardziej nienawidził. Wiedziała o tym cała szkoła, ona też.
Uraziło go to.
-Musimy przestać się widywać – orzekł po chwili ciszy. Ten pomysł już od dawna kotłował mu się w głowie. Nie wiedział dlaczego wcześniej nie wprowadził go w życie lecz teraz miał szansę i musiał ją wykorzystać.
-Co? - Była zdziwiona. - To znaczy, że nie kontynuujesz poszukiwań?
-Lily, ja je kontynuuję, ty nie.
Jej oczy przypominały wielkością galeony.
-Nie chcesz, żebym ci pomagała?
Nie odpowiedział. Odwrócił głowę. Chciał ale zraniła go zbyt mocno.
-Świetnie – zawyrokowała. To, że była zraniona było niedomówieniem.
Scorpius patrzył jak wściekła oraz obrażona Potter odchodzi w stronę zamku. Mogłoby się wydawać, że stracił koleżankę. Był popularny, miał wielu znajomych. Wiele dziewczyn ustawiało się do niego w kolejce, mógł być władcą tej szkoły.
Jego twarz wyrażała determinację. Zazwyczaj starał się być spokojny – teraz jednak pokaże na co go stać. Żądza zemsty jest zbyt potężną i niebezpieczną bronią i nawet jemu nie udało się przed nią uciec.
Chciał zrobić Potter na złość. I zrobi to. Lily Luna Potter miała cierpieć tak samo jak on.